Wspólna codzienność spowodowała, iż nawet nie wiem kiedy zorientowałem się, że nie jestem jakimś tam wolontariuszem, który tylko ofiaruje swój czas. Najzwyczajniej poczułem, że ja Dawid jestem członkiem jednej wielkiej rodziny, w której każdy wzajemnie o siebie dba. Ja o niepełnosprawnych by, np. dotarli na zajęcia, a oni o mnie bym zjadł śniadanie czy obiad i wypił herbatę. Z każdą kolejną chwilą zauważałem, że nie pomagam już niepełnosprawnym osobom, ale karmię Badriego, wiozę Gurgena, pilnuję Afto z pomocą Kamo, rozmawiam z Beso czy z Romą. To tylko przykłady pokazujące, jak w bardzo szybkim czasie skończyła się nasza anonimowość i obcość. „Jestem ja i są oni” zamieniło się w „jesteśmy MY”, każdy ze swoim imieniem i nazwiskiem, talentami (a tymi niepełnosprawni biją na głowę wielu sprawnych) oraz niedoskonałościami, którymi przecież obdarzył nas Pan Bóg.